WYWIADY

"Jeszcze trzeba zejść..." - Rozmowa z Marcinem Kaczkanem

WYWIAD DLA SK PTT „PIONOWY ŚWIAT”

WARSZAWA, 28 listopada 2025

„Jeszcze trzeba zejść…” – Rozmowa z Marcinem Kaczkanem

Szymon Węgliński: Panie Profesorze, jestem naprawdę pod dużym wrażeniem wszystkich Pana osiągnięć: Nanga Parbat, K2, tytuł „Śnieżnej Pantery”. W związku z tym chciałbym Pana zapytać od czego to wszystko się zaczęło? W jaki sposób narodziła się pasja, zanim pojawiły się wyprawy na siedmiotysięczniki i ośmiotysięczniki?

Marcin Kaczkan: Zaczęło się normalnie – od coraz niższych, do coraz wyższych pasm górskich. Pyta Pan od czego się zaczęło…? Tak naprawdę od zwykłych wędrówek w Bieszczadach, a później w Tatrach. Stopniowo coraz bardziej to wszystko szło w kierunku wspinaczki. Nigdy nie miałem takiej wizji, że będę się kiedyś tym zajmował. Po prostu jako młody człowiek – miałem wówczas może z trzynaście… czternaście lat – spakowałem plecak i pojechałem w Bieszczady, żeby zobaczyć, jak to jest samemu.

            Wyszło dziwnie, ponieważ miałem wrócić po tygodniu, ale byłem z powrotem… tak naprawdę po dwóch. Oczywiście wysłałem kartkę do domu, że wrócę później, ale przyszła dopiero po moim przyjeździe, także było trochę paniki *śmiech*. Później mi się to spodobało i wybrałem się na analogiczną wycieczkę w Tatry, aby sobie pochodzić – tak normalnie, turystycznie: od schroniska do schroniska.

            Wówczas przy kolejnej takiej wyprawie zobaczyłem wspinających się ludzi – to była chyba Zamarła Turnia. Stałem i patrzyłem, myśląc: „Co oni tam robią na tych ściankach?”. Trochę mnie zamurowało i zastanawiałem się: „Co to za fachowcy muszą być, no jacy to mistrzowie?”. Utkwiło mi to w głowie.

            Później był jakiś kurs wspinaczkowy – całkowicie przypadkowo zobaczyłem ogłoszenie. Przypomniał mi się ten obraz ludzi drapiących się po skałach. Zdecydowałem wtedy: „A pójdę, zobaczę, jak to jest”. Progresywnie, kroku po kroku coraz bardziej to się rozwijało. Także myślę, że moje początki można określić, jako jak najbardziej standardowe.

S.W.: A wspinaczkowo, gdzie się wszystko zaczęło? Czy to była Jura czy bardziej Karkonosze?

M.K.: Zaczęło się od Jury. Odkąd poszedłem na ten kurs wspinaczkowy, zaczęliśmy wyjeżdżać znacznie częściej. Stopniowo zawiązało się towarzystwo, które też chciało się wspinać, więc były dosyć regularne wspólne wyjazdy – głównie na Jurę, a potem w Tatry. Następnie zacząłem podróżować w Alpy, dalej na Kaukaz, aż na siedmiotysięczniki w górach Tienszan i Pamir. Tak to poszło naturalną koleją rzeczy…

S.W.: Czy miał Pan w tym jakąś inspirację albo osobę, która była dla Pana wzorem? A może bardziej starał się Pan iść swoją drogą i samemu wyznaczać te cele?

M.K.: Inspiracji jako takiej, to chyba nie miałem. Kiedy już zacząłem się tym trochę interesować – a po pieszych wędrówkach zobaczyłem, że można robić coś innego niż tylko się „wycieczkować”, że można się też wspinać – to wtedy udałem się do bibliotek i zacząłem czytać różne książki tematyczne. Pamiętam, wypożyczałem grube tomy starych podręczników wspinania i opisów z wypraw. Te historie i opowieści wówczas bardzo mnie zainteresowały. Wracała też myśl i refleksja: „To są naprawdę niesłychani fachowcy, mistrzowie…” – mówiłem sobie: „Co to są za ludzie?” *śmiech* Później, jak człowiek wszedł w to towarzystwo, to troszeczkę to inaczej wyglądało.

S.W.: A wyjazdy na siedmio- i ośmiotysięczniki, to była Pana indywidualna inicjatywa, czy stanowiły odpowiedź na zaproszenia ze środowiska wspinaczkowego?

M.K.: Nie, nie. Na początku jeździłem na różne wyprawy cały czas z własnej inicjatywy. Odbywało się to, tak jak wspominałem, stopniowo – Tatry, Alpy, Kaukaz, później na siedmiotysięczniki. Zapyta Pan, dlaczego tam? Odpowiedź jest prosta: bo tam można było samemu to zorganizować za nieduże pieniądze. Jeśli w zasięgu studenckiej kieszeni była możliwość wyjazdu na jakiś siedmiotysięcznik, to czemu się tego nie podjąć? Tak na horyzoncie pojawił się Pik Lenina, później Chan Tengri… Pik Pobiedy…

            Naturalnie jeździłem w tamte strony, bo to mi się zwyczajnie podobało. Były to – przynajmniej dla mnie wtedy – góry bardzo wymagające, ponieważ każdy taki „etap”, to był kolosalny przeskok. Porównując nawet Tatry z Alpami, później Alpy z Kaukazem, i dalej Kaukaz i Pamir, to w ogóle inna skala. Ale jakoś to wszystko po kolei poszło…

S.W.: A jest Pan w stanie zestawić wspinanie na siedmiotysięczniki w Pamirze i Tienszanie oraz wspinanie na góry najwyższe w Himalajach i Karakorum?

M.K.: Tutaj takiej dużej przepaści już nie ma. Oczywiście, skala jest trochę większa, bo tam wszystko jest obszerniejsze – dojście dłuższe, doliny szersze…

S.W.: I wysokość?

M.K.: Też, ale pod tym względem akurat takiej ogromnej przepaści, to już nie ma. Przynajmniej z mojej perspektywy tak to wyglądało.

S.W.: Na przełomie 2002 i 2003 brał Pan udział w zimowej wyprawie, podczas której ustanowiliście rekord wysokości na K2…

M.K.: Nazywać to rekordami… *śmiech* Ale rzeczywiście… Była wyprawa na K2 i dotarliśmy wówczas dosyć wysoko. Najpierw Piotrek Morawski z Denisem Urubko weszli do obozu IV, później ja wszedłem tam jeszcze z Denisem i tak wyszło, że ten obóz, to była ostatecznie najwyższa wysokość jaką osiągnęliśmy. Istotnie, przez dosyć długi czas ta bariera pozostawała niepokonana zimą.

S.W.: Czy pamięta Pan jakieś odczucia, emocje, związane z tym wyjściem? Była w Panu świadomość, że to historyczny wyczyn dla podboju najwyższego szczytu Karakorum o tej porze roku?

M.K.: Coś takiego jak „wzniosłe idee” i rozpatrywanie tego w takim kontekście, odbywa się albo przed wyprawą, albo po niej. Kiedy się jest tam, na miejscu, to ta myśl o „nadzwyczajności czynu” schodzi na dalszy plan. Jest zadanie do zrobienia i się je wykonuje – nikt się nie zastanawia nad tym, czy to jest K2, czy coś innego. Działa się tyle, ile można zdziałać.

S.W.: Po nieco ponad 10 latach – w 2014 – zdobył Pan szczyt K2. To może wtedy była taka radość, euforia? Czy tak bardziej pragmatycznie podszedł Pan do tego osiągnięcia?

M.K.: Nie, nie, nie. Ja nie mówię, że to tak w ogóle bez emocji… *śmiech* Oczywiście. Na koniec jest jakaś radość, czy nawet euforia, o której Pan mówi. Aczkolwiek to pojawia się zawsze dużo później, a nie w momencie, kiedy się wchodzi na wierzchołek.

            Tak naprawdę, w momencie, kiedy wspina się do góry, to nie ma na to nawet czasu. Człowiek jest cały czas skoncentrowany na tym, co robi – aby nogę dobrze postawić, czy dobrze czekan wbić – takie fundamentalne rzeczy. I to też jest bardzo ciekawe, bo skupienie przechodzi na najprostsze rzeczy. Wówczas człowiek nie zaprząta sobie myśli tym, co było kiedyś, czy będzie w przyszłości. To jest taki trochę stan powrotu do jakichś instynktów pierwotnych. Wtedy nic nie przeszkadza, nie zakłóca skupienia się na czynności, którą się aktualnie wykonuje. W górach można ten stan prawdziwie osiągać i to mi się bardzo podoba.

S.W.: A co było trudniejsze podczas wyprawy w 2014 roku: wyjście czy zejście?

M.K.: Jedno i drugie jest trudne. Mówi Pan o tych euforiach i szczęściu, które się czuje – nie! Zawsze powtarzam, że jak się wchodzi na szczyt to jest ulga i myśl: „Już koniec, już nie trzeba iść wyżej, świetnie, to jest to!”. Ale po chwili – pojawia się zaniepokojenie, bo jeszcze trzeba zejść. Wydaje mi się, że to są w zasadzie dwa uczucia, które towarzyszą mi na szczycie *śmiech*. Kiedy już się zejdzie, to dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe szczęście.

            A o zejściu… Zejście tam nie było takie łatwe, bo mieliśmy dosyć trudną sytuację z pogodą: zaczęło sypać porządnie śniegiem, zrobiło się lawiniasto…

S.W.: A którą drogą to było wejście?

M.K.: To było Żebrem Abruzzich. Miałem wtedy szczęście, bo na szczycie byłem zupełnie sam, więc solo również wracałem *śmiech*. Z jednej strony wspaniale, ale z drugiej – pojawił się troszeczkę problem z trafieniem do obozu IV. Wynika to z faktu, że dopóki jeszcze są liny poręczowe, to można się nimi mniej więcej posiłkować i wiadomo, w którą stronę one prowadzą. Ale jak już ich nie ma, a wokoło zero widoczności i zadymka śnieżna, to bardzo trudno znaleźć odpowiednią drogę.

            Naprawdę, będąc już w pobliżu „czwórki”, miałem obawy, że ja na ten obóz nie trafię i pójdę niechcący na inną stronę. Po omacku można bardzo prosto zabłądzić i na przykład rozpocząć schodzenie z zupełnie drugiej strony góry – Drogą Cesena. Wtedy tak naprawdę byłbym w pułapce. Ale ostatecznie ten obóz znalazłem i się udało.

S.W.: To teraz cofnijmy się 4 lata do roku 2010 i Pana wejścia na Nanga Parbat. Atak szczytowy trwał 7 dni, a wierzchołek zdobył Pan samotnie. Jak Pan wspomina to wyjście? Czy mając na uwadze charakter wejścia, logistyczne zaplanowanie było inne niż zwykle?

M.K.: Nie do końca zdobywałem go sam. Z bazy wyszedłem z Olą Dzik. Oprócz nas w zespole było dwóch kolegów – Paweł Michalski i Simone La Terra z Włoch. Zatem na tej górze byliśmy w zasadzie we czworo. Kiedy doszło do ataku szczytowego, to była bardzo dziwna sytuacja *śmiech*…

            Wyruszyliśmy razem z obozu IV w kierunku szczytu, ja prowadziłem. Delikatnie mówiąc – zapędziłem się. Nanga Parbat – olbrzymia ściana, żleb przy żlebie. Wiedziałem, że trzeba iść jednym konkretnym, który wyprowadzi nas pod sam szczyt. Zatem obrałem kierunek i szedłem do góry, a oni za mną. W końcu dotarłem na coś, co wydawało się wierzchołkiem, bo już nic wyżej nie było, ale… w ogóle mi to nie pasowało do opisu.

            „Co jest grane? Nic wyżej nie ma, a to nie jest szczyt!” – mówiłem sobie. Wiedziałem, że na właściwym wierzchołku jest śnieg i wbita szabla śnieżna. Tymczasem my, byliśmy na czymś, co było wybitnie skalne. Sytuacja, w której nie wiadomo, co zrobić. Pochodziłem wokół tego „szczytu”, nic nie wymyśliłem i po prostu zaczęliśmy schodzić. Wróciliśmy do „czwórki” i tam uświadomiłem sobie, że chyba delikatnie pomyliłem drogi i nie wszedłem tam, gdzie powinienem. W związku z powyższym, zdecydowaliśmy się na drugi atak. Paweł z Simone się wycofali. Ola Dzik wystartowała ze mną, ale już na samym początku zrezygnowała. Dlatego – pod tym kątem – można mówić, że byłem na tym szczycie sam, bo reszta po prostu nie doszła. Ale zaczynaliśmy zabawę we czworo.

            Za drugim razem znalazłem właściwy punkt – była szabla, wszystko się zgadzało. Gdy wróciłem, w bazie zapanowała radość. Dopiero po kilku dniach okazało się, gdzie weszliśmy wcześniej; to był drugi wierzchołek – północny. Gdybym wtedy, wiedział o swojej pozycji, to po grani można by było jakoś próbować trawersować do głównego. W naszym przypadku ani nie było takiej widoczności, ani ja do końca nie wiedziałem, co jest grane, dlatego się wycofałem.

            Jakkolwiek dla mnie, taki atak to też wspaniała sprawa, bo naprawdę czułem dużą satysfakcję, zwłaszcza jak się działało samemu. To jest taka kwintesencja tej zabawy.

S.W.: Czy w ogóle jakiekolwiek myśli towarzyszą w momencie podjęcia decyzji „dobra idę”?

M.K.: „Dobra idę”? To podejmuje się taką decyzję. *śmiech*. I tyle – po prostu się idzie.

S.W.: I ta myśl napędza dalszą drogę?

M.K.: Myśl napędza, tym niemniej tlenu jest naprawdę mało i towarzyszy nieustanne zmęczenie…

S.W.: A to było wyjście z tlenem?

M.K.: Bez… W obliczu takiej sytuacji, nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, co tam będzie albo nie. W takim stanie zawsze miałem taką myśl: „Dopóki mogę, to idę. Jak się coś będzie działo nie tak, to lampka się zapali i zawrócę ”.

S.W.: Mając na uwadze, że techniki lokalizowania nieustannie się rozwijają, czy himalaiści też nimi dysponują na grani? Przecież teoretycznie, wtedy widoczność satelitów w przestrzeni jest lepsza, więc wszystkie współczynniki powinny wskazywać lepiej pozycję…

M.K.: Nie do końca… Akurat GPS – im wyżej, tym działa gorzej, z dużo mniejszą dokładnością, a już zwłaszcza w pionie. Poza tym, w górach ta lokalizacja GPS’em bardzo słabo mi się sprawdza. Dlaczego? Bo inaczej jest, jak się człowiek porusza w poziomie, a inaczej w pionie. Poza tym, tam są czasami takie niuanse, że 2 metry w jedną stronę i już jest zupełnie co innego niż pokazuje odbiornik. A GPS może mieć dokładność kilku metrów i przez to trudno się na nim wyłącznie skupiać, ale oczywiście się go używa. Niektórzy biorą lokalizator. Ale nawet wówczas, to jest wciąż tak naprawdę orientacyjne położenie. Miałem ten sprzęt kilka razy, ale osobiście mi to w niczym nie pomaga – GPS nie jest w stanie tak precyzyjnie nakierować, aby jednoznacznie określić, że akurat teraz należy iść trochę w lewo, a nie w prawo. Bardziej to wszystko zależy od orientacji topograficznej. Ważne, aby przed wyjściem zapoznać się z tym, co tam można zastać: jakie formacje, punkty charakterystyczne – i tego się szuka. Czasami wszystko zgadza z opisami, a innym razem tych miejsc się po prostu nie znajduje.

S.W.: To teraz może na chwilkę przejdźmy do Piotra Morawskiego. To jest bardzo ciekawa historia, jak Panowie się poznaliście. Piotr pracował w Gmachu Chemii, my jesteśmy tutaj – w Gmachu Elektroniki, czyli w zasadzie 100 metrów dzieli te biura, a Panowie nawet nie wiedzieliście o swoim istnieniu.

M.K.: Ja się temu nie dziwię, bo tutaj jest dużo ludzi dookoła. A co do Piotra, to rzeczywiście poznaliśmy się dosyć ciekawie, w Klubie Wysokogórskim w Warszawie. Wstąpiłem tam i po pewnym czasie zauważyłem, że Klub organizuje wyprawę na Chan Tengri. Zainteresowałem się tematem: poszedłem na spotkanie organizacyjne. Rok wcześniej byłem w tamtych rejonach, a w tym sezonie też się planowałem wybrać. Więc zdecydowałem: „Pójdę zobaczyć jakie są możliwości”.

            Przyszedłem jako zupełny nowicjusz, a tam zastałem samych fachowców, wspinaczy, dlatego usiadłem gdzieś z boku *śmiech*, a oni zaczęli rozważać: jaką drogą, to, tamto… I w końcu doszło do tematu, że jakoś pod ten szczyt trzeba się dostać. Standardowo odbywa się to śmigłowcem – dojeżdża się autem w ustalone miejsce, a potem stamtąd drogą powietrzną transportuje się rzeczy i ludzi.

            Ale ponieważ byłem już tam wcześniej, to wiedziałem, że można to zrobić bez przelotu, w związku z czym zaproponowałem taką opcję. Popatrzyli na mnie dosyć dziwacznie: „Przyszedł jakiś młody, siedzi, głupoty opowiada, zamiast lecieć pół godziny śmigłowcem, to chce trzy dni iść piechotą”. Ale dla mnie był jeden dość istotny argument – za śmigłowiec trzeba było zapłacić 100 dolarów, a w tamtym okresie dla „biednego studenta”, to  była znaczna kwota.

            Dostrzegając, że mnie zignorowano, zadecydowałem, że sam się tam raczej nie wybiorę w ten sposób, ale postanowiłem zapytać, czy ktoś też chciałby się wybrać pieszo bez udziału śmigłowca. Jakiś tam „gość” mi się zgłosił *śmiech*… Więc się poznaliśmy. Okazało, że to Piotruś. Mówił mi później, że też go to przekonało, bo 100 dolarów w kieszeni, to jest jednak gra warta świeczki. Po jakimś czasie zaczęliśmy się razem organizować do tego wyjazdu i tak właśnie powstał nasz zespół. Oczywiście w końcu pojechaliśmy, a na miejscu – zgodnie z założeniem – poszliśmy piechotą, nie polecieliśmy śmigłowcem.

S.W.: Trasa, którą musieli Panowie wtedy pokonać zajmuje cztery dni marszu, a Pan i Piotr przeszliście ją o dzień szybciej…

M.K.: Z reguły jak się idzie do góry, to w te cztery dni spokojnie można przejść, nawet w pięć czasami, bo to zależy, co kto lubi. W drugą stronę można w trzy, a nawet w dwa dni pokonać tę odległość. Nie pamiętam niestety, ale jeżeli Pan mówi, że my w trzy dni to zrobiliśmy, bardzo możliwe *śmiech*.

            Jednak trzeba tutaj zauważyć, że to nie jest wcale strata trzech dni, bo osoby, które doleciały śmigłowcem, to z natury rzeczy, żeby później z tej bazy mogły wyjść i zacząć coś działać, musiały co najmniej dwa dni odpocząć. Wszystko to kwestia zmiany wysokości. Przelot na 5000 m n.p.m. nie jest obojętny dla organizmu, dlatego jeszcze trzeba dzień, dwa, a czasem nawet trzy poczekać, aby mieć siłę do czegokolwiek. Jeśli to samo przewyższenie idzie się spokojnie trekkingiem, to naturalnie wysokość przybywa powoli. Dochodząc do bazy, byliśmy w pełni sił i gotowi do działania. Tymczasem wśród tych, którzy przylecieli śmigłowcem, byli tacy co dopiero się z łóżek podnosili *śmiech*. Ale była to bardzo ciekawa przygoda.

S.W.: Niewątpliwie, bo przecież druga część tej opowieści jest taka, że tylko Pan i Piotr Morawski zdobyliście wówczas ten szczyt…

M.K.: Zgadza się… Tak się to jakoś potoczyło.

S.W.: I jaka była reakcja innych osób, z którymi Panowie byli? Zdziwienie i szok, czy bez emocji?

M.K.: Osobiście nawet się temu zbytnio nie dziwiłem, oni pewnie również nie. To też nie było tak, że reszta nie próbowała, albo że nie mieli szans lub coś się wydarzyło. Nie. Zwyczajnie, z biegiem czasu, im dłużej się przebywa na tych wysokościach – motywacja stopniowo upada. Przed wyjazdem zawsze jest największy „spręż” i wszystko wydaje się być świetnie, ale gdy przychodzi co do czego, to z każdym metrem wyżej stopniowo ucieka, i tak było tutaj. Nasza ekipa się już trochę pomęczyła, a w momencie ataku szczytowego, to chyba nikt z nich nie wyszedł. Tylko Piotrek i ja się jakoś zmobilizowaliśmy. A w zasadzie po prostu ruszyliśmy, bo nasze nastawienie było takie, że na ten szczyt trzeba wejść. patrząc Z perspektywy czasu, trochę się pospieszyliśmy, bo aklimatyzacji nie mieliśmy właściwej, przez co dochodząc do samego wierzchołka, to tak naprawdę oboje trochę odlatywaliśmy bez tlenu *śmiech*. Ale jakoś nam się udało wejść, później zejść i wszystko wyszło dobrze.

S.W.: To w takim razie jakim partnerem wspinaczkowym i człowiekiem był z Pana perspektywy Piotr Morawski?

M.K.: Dla mnie był świetnym partnerem. W zasadzie widziałem w nim te same cechy, które mi towarzyszyły, to znaczy był naprawdę twardy. Ta cecha chyba najbardziej sprzyja takim ambitniejszym działaniom w górach. Do tego nie rozczulał się: „Jak coś boli – będzie bolało, wezmę sobie proszek przeciwbólowy i przez chwilę przestanie” *śmiech*. Mogę jeszcze powiedzieć, że był też troszeczkę uparty. Ale to dobrze, bo to cecha, która pomaga nie wycofać się za szybko. Reasumując, układało nam się całkiem dobrze.

S.W.: A czy przypomina Pan sobie jakąś bardziej lub mniej znaną historię bezpośrednio z nim związaną? Albo ciekawą anegdotę, którą może się Pan z nami podzielić?

M.K.: Anegdotę… Dobrze, dla kontekstu – historia toczy się podczas tej zimowej wyprawy na K2. W tamtym czasie Piotrek sobie odmroził nogi. Trochę bolesny rodzaj odmrożenia… Może nawet nie „trochę”… Z tego powodu szprycował się nieustannie jakimiś środkami przeciwbólowymi, ale jednocześnie starał się pozostawać dużo w ruchu. Trekking powrotny spod K2 do miejsca, gdzie można wsiąść w samochód zajmuje parę dni, a nasz „peleton” dosyć mocno się rozpierzchł i każdy w zasadzie szedł swoim tempem.

            Pewnego dnia patrzę za siebie, a tam ktoś biegnie. Myślę: „Jakoś tak szybko biegnie. Może coś się stało?”, ale stwierdziłem, że idę dalej. Zerkam kątem oka, a ten człowiek dalej nieustannie zbliża się coraz bardziej, i bardziej *śmiech*. Zdecydowałem, że poczekam i wybadam, co się dzieje. W końcu rozpoznaję twarz – Piotrek. Biegnie szybko, z kijkami, plecakiem dosyć ciężkim. Ja w szoku, zastanawiam się, co się w ogóle teraz dzieje *śmiech*. W odpowiedzi na moje osłupienie i konsternację słyszę tylko: „Słuchaj, nie mam czasu, muszę biec, bo właśnie wziąłem procha przeciwbólowego i on jeszcze godzinę będzie działał. Chcę jak najszybciej, jak największy dystans zrobić, zanim będę musiał wziąć następnego” *śmiech*.

            I to właśnie dosyć dobitnie pokazuje, jak Piotrek podchodził do rzeczy. A sytuacja stała się dosyć zabawna, nawet nie porozmawialiśmy, bo musiał dalej biec i zdobywać dystans *śmiech*.

S.W.: A tak naukowo? Mieliście Panowie jakąś styczność? Jakieś tematy wspólne?

M.K.: Nie. W zasadzie żadnych. Być może później by się te tematy pojawiły, ale niestety… już nie zdążyły. Na tej płaszczyźnie po prostu nie mieliśmy zbytnio punktów zaczepienia. Jedyne nasze spotkanie „naukowe”, które sobie przypominam, to wręczenie dyplomów po obronie doktoratów *śmiech*.

S.W.: A tak poza górami miał Pan z nim jakiś kontakt? Na przykład dzwoniliście do siebie albo coś ustalaliście? Czy te kontakty skupiały się tylko na tematach związanych z organizacją wypraw czy były to też relacje bardziej prywatne?

M.K.: Moim zdaniem, tego się nie da tak rozdzielić. Przygotowania do wyjazdów i sprawy z tym związane dosyć mocno angażują. I podporządkowują temu również sprawy domowe… Także my się dobrze znaliśmy nie tylko z Piotrem, ale także z Olgą – jego żoną. Można powiedzieć zatem, że towarzyskie relacje mieliśmy na bardzo dobrym poziomie. Myślę, że próba rozdzielenia tych składowych w takich zespołach jest raczej niemożliwa. Do tego wydaje mi się, że w takie przygotowania do wyjazdów, atmosfera domowa zawsze się mimo wszystko wkrada bardziej lub mniej.

S.W.: Czy pamięta Pan, jak zastała Pana informacja o tym, że Piotr jednak nie wróci z Dhaulagiri? Co Pan czuł? Jaka była reakcja? Czy przypomina Pan sobie ten moment?

M.K.: Moment był dziwny… Wręcz trochę zaskakujący… Jak zawsze przyszedłem rano do pracy i odebrałem telefon. Dzwonił kolega. Jego głos był nienaturalny, smutny. Mówił, że jest mu bardzo przykro, a ja w tym czasie zastanawiałem się, o co chodzi. Pomyślałem nawet, że może robi sobie ze mnie jakieś żarty, ale nie… Mówił poważnie… „Piotrek nie żyje”… Nie dowierzałem. Niestety, gdy włączyłem komputer i sprawdziłem wiadomości, okazało się, że to jednak była prawda… Byłem tym zupełnie zaskoczony.

S.W.: Wydaje się, że himalaiści muszą mieć z tyłu głowy, że partner może któregoś dnia nie wrócić…

M.K.: To prawda, z tyłu głowy to gdzieś tam zawsze siedzi. Ale naprawdę – bardzo daleko. Wsłuchując się w różne wypowiedzi, oczywiście każdy przytaknie i podkreśli, że taką świadomość mamy, ale kiedy się jedzie na wyprawę i wspólnie działa, to absolutnie się o tym nie myśli. Z rozsądku wiemy, że tak jest, ale – gdzieś tam obok… Ale czasami… To „obok” staje się niestety dosyć bliskie…

S.W.: Czy byłby Pan w stanie wskazać, Pana zdaniem, jakie jest największe osiągnięcie Piotra Morawskiego? Który ze zdobytych szczytów, jaka z dokonanych aktywności, zrobiła na Panu największe wrażenie?

M.K.: Tak naprawdę, to największe wrażenie robiła ta jego determinacja. Kiedy zaczęliśmy wchodzić w to środowisko warszawskiego Klubu, to starałem się go jakoś wciągać, bo Chan Tengri to była jego pierwsza styczność z wysokimi górami. Na następny rok też udało mi się go wyciągnąć i pojechaliśmy razem na Pik Pobiedy.

            Wtedy widziałem u Piotra zawahanie. Zasłaniał się, że ma dużo różnych spraw, sugerował, że może nie będzie uczestniczyć w tej wyprawie. Mówił wtedy, że musi się zająć żoną, bo był świeżo po ślubie, a oprócz tego ciągle znajdował jakieś przeszkody. Zrobiłem wszystko, żeby go przekonać i to się udało. Po tym wyjeździe i po tym, jak później przyszło to nasze zimowe K2, Piotrek ze swoją postawą zupełnie się zmienił. Od tej chwili cały czas już miał parcie na wyjazdy w góry. Determinacja była u niego wtedy już bardzo duża i to na mnie zawsze robiło ogromne wrażenie. A później to już wszystko samo się potoczyło. Chociaż w pewnym momencie pojawili się nawet sponsorzy dla jego wypraw, to na samym początku Piotrek wkładał dużo sił w to, żeby móc po prostu wyjeżdżać.

            A z osiągnięć – z mojej perspektywy, wszystkie są świetne: naprawdę fajnie zrobiona przez chłopaków Shishapangma, później te Tryptyki Himalajskie sobie powymyślali i działali. Mogę powiedzieć, że zawsze to były ambitne plany, a nie proste pomysły, żeby sobie pójść i podreptać.

S.W.: Odnosząc się do Pana słów, warto podkreślić, że na Pik Pobiedy ostatecznie wyszedł tylko Pan?

M.K.: Tak, to była bardzo fajna sytuacja *śmiech*. Pojechaliśmy z Piotrkiem we dwóch. Dla kontekstu, tamten rejon to: Pik Pobiedy i Chan Tengri – dwa siedmiotysięczniki w bezpośrednim sąsiedztwie. W zasadzie wszyscy przyjeżdżają do tej samej bazy, a dominująca większość idzie na Chan Tengri, a o Pobiedzie, to nikt nawet nie myśli. Dopiero po dobrej aklimatyzacji czasem nieśmiało zbiera się ekipa, która kieruje myśli w stronę Pobiedy… Nieśmiało obserwują nastroje i patrzą, czy ktoś się wybiera. Generalnie bywało też parę ładnych sezonów, podczas których nikt nawet nie wyszedł w kierunku tej góry. Można powiedzieć, że przeważnie Ci co tam działają, to wspinacze rosyjscy, ze wschodu. Dla nich Pobieda to naprawdę bardzo wymagający poligon. Oni do tego podchodzą na poważnie, dlatego jeśli jest dobry sezon, to sporo tzw. „мастеров спорта” przyjeżdża tam i działa.

            Dlatego kiedy z Piotrkiem przyjechaliśmy, to oczywiście na Pobiedę nikt się nie wybierał. Ale jakoś się tym nie przejmowaliśmy. Poszliśmy na tamtą stronę rejonu, przetorowaliśmy drogę, bo panowały dosyć ciężkie warunki śnieżne, pokonaliśmy uszczeliniony lodowiec… W każdym razie, zaczęliśmy działać. Stopniowo kierowaliśmy się do obozu I oraz do obozu II. Wtedy przyjechała wyprawa rosyjska, dosyć liczna, która się też wybierała na Pobiedę, ale z drugiej strony. Natomiast do obozu I, to była ta sama trasa. Kiedy zobaczyli, że my tam intensywnie działamy i dostrzegli, że przepchaliśmy im całą tę drogę, to zaczęli nas naprawdę traktować równo. To nie było nastawienie: „przyjechali westmen’i i sobie tam dreptają”. Wręcz przeciwnie, przyszli i bardzo podziękowali za to, że im przetorowaliśmy ten śnieg. Naprawdę, byliśmy pod ogromnym wrażeniem, że chłopaki tak podchodzą do tematu. Jak wspominałem, dalej nasze drogi się rozeszły – oni poszli bardziej na wschód, a my działaliśmy zgodnie z przyjętym planem.

            Doszliśmy do obozu II, co jest całkiem pokaźnym etapem. Tam niestety Piotrek stwierdził, że rezygnuje. Próbowałem go namówić, myśląc: „A tam, rezygnuje – pewnie się zmęczył i musi trochę odpocząć”. Zaproponowałem, żebyśmy poczekali tam dzień lub dwa, aby zobaczył, czy na pewno nie pójdzie. Ostatecznie nie dał się przekonać i się wycofał. A dla mnie to była taka chwila konsternacji: fajnie i nie fajnie – z jednej strony Piotrek zrezygnował, ale z drugiej to przede mną stanęło ambitne wyzwanie, dlatego ja nawet przez moment nie pomyślałem, aby się wycofywać. Rozstaliśmy się w normalnej atmosferze, bez pretensji. Sprawa była jasno postawiona – ja się wycofuję, ja się nie wycofuję – nikt do nikogo nie miał żadnego żalu. Umówiliśmy się, co zrobimy ze sprzętem na dole i Piotrek rozpoczął zejście. A ja… Zostałem na Pobiedzie sam. Do tej pory, chyba najlepiej wspominam tę przygodę, bo to była sytuacja, która mnie naprawdę bardzo dużo nauczyła.

S.W.: Nie było łatwo?

M.K.: To była trudna sytuacja, chociaż ja tę górę znałem już dosyć dobrze…

S.W.: To było Pana trzecie podejście?

M.K.: Tak. W związku z tym mogłem sobie na to pozwolić, by samotnie na tej górze działać. Co więcej bardzo chciałem spróbować. Zawalczyłem i rzeczywiście osiągnąłem wierzchołek. Do szczytu było jeszcze w miarę prosto, za to zejście było dużo gorsze…

S.W.: Właśnie o tym zejściu jest dużo opowieści.

M.K.: *śmiech* No… to zejście było dla mnie naprawdę ciekawe. Chyba z sześć czy siedem dni schodziłem. Ale to była taka szkoła życia.

S.W.: To co było wówczas dla Pana największą trudnością? Co stawiało najbardziej opór? Pogoda, czy „stan”?

M.K.: Pobieda jest taką górą, gdzie największy opór zawsze stawiają w pierwszej kolejności pogoda i warunki, bo reszta jest do zdziałania. Idąc do góry pogoda była świetna. Można powiedzieć, że żadnych problemów nie było. Najpierw wchodzi się mniej więcej na Pobiedę Zachodnią. Chodząc w okolicy tego „przedwierzchołka” przyglądałem się bardzo długiej grani i stwierdziłem, że można spróbować ją strawersować, co zresztą uczyniłem. Kiedy już tam byłem, mówiłem sobie, że „teraz trzeba się gdzieś rozbić i zabiwakować”.

            Wiedziałem z opowieści, że wszystkie biwaki są albo w okolicach Pobiedy Zachodniej, albo przy tak zwanym „Obelisku”. Pomiędzy nimi jest wspominana długa grań i tam nigdy nikt nie biwakował. W zasadzie w podszczytowych partiach, to obelisk był jedynym dobrym miejscem na przerwę, o którym wiedziałem. Ale ja się zastanawiałem: „Po co mam tam się wspinać z tym całym majdanem, z plecakiem i namiotem aż do tego punktu? Przecież jeśli się tu rozbiję, będąc na środku grani, to później tylko na szczyt i z powrotem. Nie ma sensu tak się pchać”.

            Tak zrobiłem, rozbiłem sobie namiocik, zabiwakowałem i udałem się później w stronę szczytu. Doszedłem do obelisku, a spod niego na szczyt… Kiedy schodziłem i dotarłem do tego miejsca; do takiej turni skalnej, to wówczas się zorientowałem, dlaczego wszyscy się rozbijają przy obelisku, a nie gdzieś indziej… To miejsce to punkt charakterystyczny, gdzie można zawsze – nawet po omacku – trafić. Ale dokąd iść dalej… To już przy ograniczonej widoczności nie jest taka prosta sprawa *śmiech*.

            Dobrnąłem do tego obelisku, po drodze: zero widoczności, śnieg zaczął sypać porządnie… Pojawił się dylemat – zostać, zakopać się gdzieś w jamie śnieżnej i poczekać, na przykład dobę, aż ten śnieg przestanie sypać i warunki się troszeczkę poprawią lub iść po omacku i szukać namiotu na grani. Byłem gotowy rzucać monetą, ale stwierdziłem, że jeśli okaże się, że śnieg będzie padał trzy albo cztery dni, to nie wysiedzę tam bez niczego. Podjąłem decyzję o kontynuowaniu zejścia. Aby zobrazować zmianę pogody, to był odcinek na grani, który w górę zajął mi może godzinę, czyli dosyć szybko. W dół szedłem od około szesnastej, może siedemnastej do północy, kiedy to znalazłem namiot, czyli parę ładnych godzin. I wtedy już naprawdę się dowiedziałem, dlaczego nikt tam – na środku grani – nie rozbija biwaku.

            W namiot wszedłem przez przypadek. Nic nie było widać, latarka nie pomagała ani trochę, nawet nie widziałem własnych stóp. To jest niesamowite zjawisko… Gdy się idzie po płaskim, to można iść nie patrząc. A po grani, gdzie mamy do czynienia z licznymi nawisami to na jedną, to na drugą stronę, nie jest to tak łatwa sprawa. Ale udało mi się jakimś łutem szczęścia w ten namiot wejść. Nie był to koniec perypetii, bo ten śnieg sypał jeszcze parę dni, więc musiałem biwakować w tym namiocie na grani *śmiech*. Na Pobiedzie opady są tak silne, że tego puchu przybyło w ciągu tak dwóch, trzech dni, w zasadzie ze dwa metry.

S.W.: A to było lato czy zima?

M.K.: Lato. Pamiętam, że wydostać się stamtąd to był duży kłopot, właśnie przez tę przysypaną „białą ścianę” *śmiech*, dlatego ten powrót trwał aż tyle. Później jeszcze kilka razy poleciałem z tym śniegiem… Także było trochę zabawy.

S.W.: W takim razie czy pod względem warunków większe wyzwanie sportowe stanowiła dla Pana „Śnieżna Pantera”, czy wejście na K2 i Nanga Parbat?

M.K.: Nie podchodziłem do tego nigdy tak sportowo… Trudno to porównać, ale wydaje mi się, że bardziej te ośmiotysięczniki. Chociaż na różnej płaszczyźnie można tutaj szukać problemów. Na pewno, jeśli chodzi o typowo sportowe aspekty, to Nanga Parbat była najbardziej wymagająca.

S.W.: Przez ten czynnik osamotnienia podczas ataku? Czy z innego powodu?

M.K.: Nie do końca… Jakbyśmy porównywali, to na Nangę wszedłem samotnie i na K2 tak samo. Wydaje mi się, że to dlatego, że jak przyjechaliśmy pod Nanga Parbat, to nasza wyprawa w zasadzie była jedyną, która tam działała. Specjalnie zorganizowaliśmy to trochę wcześniej niż standardowy przyjazd grup, żeby być tam sami. Całą górę zaporęczowaliśmy tylko naszą wyprawą. To chyba było takie dosyć budujące i edukacyjne, bo pojechaliśmy tam niejako na wyprawę szkoleniową, żeby się podszkolić i przygotować do innych wypraw. De facto dopiero pod koniec naszego pobytu zaczęły się tam zjeżdżać inne ekipy. Wtedy, cała ściana była już przygotowana przez nas. Chyba właśnie to stanowiło takie wyzwanie sportowe.

            Na K2… w zasadzie było podobnie. Aczkolwiek tutaj ludzi było trochę więcej, inne wyprawy działały, więc część drogi była już zaporęczowana … Poza tym K2 jest też zazwyczaj bardziej obleganą górą. Zwłaszcza wtedy, w 2014, zaczynały się dość masowo pojawiać wyprawy komercyjnie, które jeżdżą tam praktycznie od 2012. To był pierwszy rok, kiedy Szerpowie z Nepalu zrobili wejście komercyjne na K2 i później co roku tam przyjeżdżali.

            Jestem zdania, że K2 już straciło ten urok góry trudnej i wyizolowanej. Takiej wymagajacej, na którą trzeba się wspiąć, a nie tylko wejść. Obecnie już tak nie jest.

S.W.: Skoro zaczął Pan ten temat, to jakie jest Pana zdanie na temat komercji? Dobrze? Źle? W jednym aspekcie dobrze, w innym – niedobrze?

M.K.: Dobrze czy źle…? Z jednej strony w porządku, przecież każdy człowiek ma prawo sobie wchodzić na góry i to w takim stylu w jakim chce. Nie można szczytów zamykać przed ludźmi – ale ta komercja niestety dużo popsuła, bo góry zostały obdarte z tego, co miały najcenniejsze. Kiedyś, gdy ktoś chciał wchodzić na taką górę, to musiał się jej nauczyć, trochę dostosować do niej. Nie lubię określenia, że to jest walka, bo z przyrodą się nie walczy. Raczej trzeba się jej po prostu nauczyć, dostosować do żywiołu i umieć z nim funkcjonować.

            Sądzę, że komercja totalnie pozbawia tych możliwości, bo Ci klienci – oni nie mają pojęcia, co się tam dzieje. To jest najciekawsze. W zasadzie po co oni to robią, skoro są prowadzeni dosłownie za rękę. Zero świadomości, co w tych górach jest. To prawda, zaliczają szczyt, schodzą. Jeśli ktoś tak lubi – czemu nie, tylko że wyprawy komercyjne, zwłaszcza te, które się rozwijają w Nepalu i Pakistanie, te prowadzone przez Szerpów, niestety wypierają „wolność wspinaczki”. Inne wyprawy, które się tam pojawiają i chcą działać własnym sumptem – szczególnie w Nepalu – nie są mile widziane.

            Szerpowie oczywiście dbają o swój interes, bo dla nich każdy wspinacz, który przyjeżdża i chce na górę wejść, to skarbonka, z której próbują jak najwięcej wyciągnąć. Tak to działa, niestety. Ale, może żeby ten akcent nie był już taki ponury *śmiech*, to jest naprawdę dużo innych gór – nie ośmiotysięczników, często nawet trochę z boku. Siedmiotysięczniki i sześciotysięczniki, które są prawie nietknięte stopą ludzką i tam żadnej komercji nie ma. Gdy ktoś chce działać po swojemu, to tam ma wyjątkowe pole do popisu. Jest dużo takich miejsc, ale niestety już nie na najwyższych górach.

S.W.: To wracając do K2, dla Pana pokolenia, to znaczy dla epoki Polskiego Himalaizmu Zimowego, K2 było Świętym Graalem, który próbowano zdobyć zimą. W 2021 pokonano w sezonie zimowym ten ostatni niezdobyty ośmiotysięcznik. Pana zdaniem, jakie nowe wyzwania można postawić przed obecnym pokoleniem himalaistów?

M.K.: Ścieżek rozwoju jest dużo, ale nie są takie spektakularne i tak świetnie sprzedawane. K2, to był ten Graal, który wszyscy znali i to było coś, w co warto było inwestować, tym samym łatwiej było znaleźć sponsora.

            Teraz możliwości jest na pewno dużo właśnie na tych niższych górach. Wiele jest trudnych i ciekawych siedmiotysięczników, ale w ogóle niepopularnych. One wiadomo nie dadzą się sprzedać, tak łatwo jak K2. Ale dla wspinaczy i himalaistów to bardzo atrakcyjny poligon. Aczkolwiek akurat o to za bardzo się nie boję, bo jeśli ktoś będzie chciał, to znajdzie takie rejony dla siebie. A to, że to nie są ośmiotysięczniki – no szkoda trochę, ale co zrobić.

S.W.: Biorąc pod uwagę, że wywiad będzie głównie skierowany do młodzieży licealnej, czy ma Pan jakieś wskazówki, jakąś ścieżkę rozwoju, którą można poradzić młodym ludziom zainteresowanym pójściem w stronę wspinaczki? Nie mówimy nawet w najwyższe góry, ale po prostu, żeby robić to sportowo, a może „zawodowo”?

M.K.: Rada jest jedna, i chyba w zasadzie jedyna: trzeba po prostu to robić. I tyle, naprawdę. Będąc młodym człowiekiem, nigdy nie patrzyłem na innych. Nie oczekiwałem, że mnie ktoś gdzieś zaprosi – trzeba było, to się organizowałem. Raz w takim towarzystwie, raz w innym, gdzieś z takim kolegą, gdzieś z innym. Później poznałem Piotrka i się razem organizowaliśmy. Wymyślaliśmy cały czas jakieś wyjazdy.

            Naprawdę, to można było robić, pomimo że nie dysponowaliśmy wówczas żadnymi budżetami. Pierwsza wyprawa nas wyniosła… No nie wiem… Z 600 dolarów na głowę, z przelotem samolotem. Ale trzeba było kombinować. Na przykład do Moskwy jechaliśmy pociągiem, a stamtąd dopiero samolotem, bo bezpośrednio z Warszawy było dużo drożej.

            Na takich etapach to wszystko kalkulowaliśmy, ale udawało się. Można było wyjechać na miesiąc, czy nawet półtora, wejść na fajną górkę i wrócić, no bo czemu nie? Dlatego myślę, że droga bądź rada jest taka, aby robić swoje i nie oglądać się na innych.

S.W.: Nie tylko wspinaczkowo, ale też naukowo ma Pan bardzo duże osiągnięcia, ponieważ jest Pan Profesorem Politechniki Warszawskiej…

M.K.: Tak zostałem troszeczkę tutaj… *śmiech* Ale jak to mówię: tak bardziej przez zasiedzenie. Czasami ktoś się mnie pyta, dlaczego właściwie tutaj zostałem, po co ten doktorat robiłem. Szczerze mówiąc, to było dla mnie wygodne. Jeździłem wtedy dużo w góry, a gdzie indziej, jak na uczelni mógłbym sobie na to pozwolić? 🙂

S.W.: Rzeczywiście – dwa lub trzy miesiące wolnego…

M.K.: Dokładnie, inaczej mówiąc – świetne warunki, aby na jakiś czas wyjechać i to się udawało bez problemu, dlatego to mi się podobało, a teraz już tak zostało.

S.W.: Czyli to może być wskazówka, dlaczego tak wielu naukowców jest w tym środowisku wspinaczkowym. Tak spojrzeć: Piotr Morawski był doktorem, Piotr Pustelnik też jest doktorem, Pan jest profesorem, więc wśród himalaistów to znaczące grono.

M.K.: Uczelnianym. Jeszcze nie jestem takim profesorem… „prawdziwym”.

S.W.: Jest to olbrzymie osiągnięcie.

M.K.: Może rzeczywiście, coś w tym jest… *śmiech* Na pewno fakt, że zostałem na uczelni, a nie poszedłem w korporacyjną działalność czy rozkręcanie firm, dało mi możliwość wyjazdów w góry.

S.W.: A można łączyć pracę naukową i aktywność w górach? To znaczy realizować tak ambitne pasje i jednocześnie działać i rozwijać się naukowo, obierając konkretną ścieżkę rozwoju?

M.K.: To jest trudne pytanie. Muszę powiedzieć, że wcale nie jest łatwo… Jak jest wyprawa, to się tak mówi: „Dobra, wyjazd na miesiąc, dwa, trzy…”. Ale to nie jest wszystko, tak naprawdę żyje się tym już parę miesięcy przed i jeszcze parę miesięcy po. Inne rzeczy odchodzą na bok, na drugi plan. Tutaj konieczne jest skupienie uwagi na jednym albo na drugim. Na jednym i na drugim – ciężko, to nie idzie w parze. Trochę się trzeba nagimnastykować, ale – jak widać – niektórzy dają sobie radę *śmiech*.

S.W.: Jak patrzą na to Pana przełożeni?

M.K.: Świetnie, cieszą się.

S.W.: Ale tak szczerze się cieszą, czy nie są do końca zadowoleni, że Pan tak „znika”?

M.K.: Nie, nie, nie. Nigdy nie miałem żadnych problemów z tytułu działalności himalajskiej. Akurat pod tym kątem tu jest naprawdę świetna atmosfera. Nie wiem, czy w jakimś innym środowisku można byłoby w ten sposób funkcjonować, a tutaj zawsze mi się udawało. Czasami musiałem poprzekładać zajęcia, znaleźć zastępstwo – ale z tym nie było problemu.

            Zdarzało się również, że musiałem brać bezpłatne urlopy. Wówczas nigdy władze uczelni, nawet na poziomie Rektora, nie robiły mi w tej kwestii problemów. Można zatem powiedzieć, że atmosfera na uczelni jak najbardziej sprzyja działalności górskiej.

S.W.: Czy postrzega Pan góry jako formę uzależnienia?

M.K.: Myślę, że trochę tak. No bo co to jest uzależnienie? To coś, co cały czas siedzi w głowie i co towarzyszy na każdym kroku … Dokładnie jak z górami… Kiedy jest się „w ciągu” wyprawowym, to non-stop się o tym myśli. Z jednej strony pracujemy nad czymś, ale w głowie już pojawia się kolejna wyprawa. Przygotowania, pakowanie, pozwolenia i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… W związku z powyższym jak najbardziej myślę, że cechy uzależnienia to ma.

S.W.: A teraz jest Pan w takim „ciągu wyprawowym”?

M.K.: Nie – teraz jestem w ciągu emerytury górskiej *śmiech*. Czuję się już jak emeryt górski i w zasadzie już chyba nie mam takich właśnie ciągów wyprawowych na tym etapie. Obecnie góry to jedynie rekreacyjnie.

S.W.: Ale też Himalaje? Czy mówimy już bardziej: Tatry, Alpy?

M.K.: Każde góry są świetne i każde mają swój urok. Po tym wszystkim co przeżyłem, na pewno nie pociągają mnie już teraz takie rejony, gdzie jest tłok i ta szeroko zakrojona komercja. Osobiście wolałbym jakieś obszary dzikie, niezdobyte, jakąś eksplorację. Ale tak dla przyjemności.

S.W.: Czy zatem oprócz gór pojawiła się u Pana jakaś inna pasja? Na przykład żeglarstwo albo inny sport?

M.K.: Pewnie, że tak. Zacząłem parę lat temu strzelać.

S.W.: O!

M.K.: Tak, uprawiam strzelectwo sportowe *śmiech*. Ostatnimi laty troszeczkę zacząłem się interesować żeglarstwem, także myślę, że można sobie jakoś tę drogę górską zaspokoić innymi aktywnościami. Zwłaszcza, że żeglarstwo – jakby nie patrzeć – ma dużo wspólnego z górami. To są bardzo podobne motywacje i wrażenia. Ambitniejsi mogą płynąć na jakiś ocean, gdzie również jesteśmy sami z żywiołem, czyli to samo, co w górach, tylko w delikatnie innej formie. Zatem czy żeglarstwo, czy góry, czy coś innego, to chyba nie ma większej różnicy. Ważne, aby podchodzić do tego odpowiednio.

S.W.: Panie Profesorze, serdecznie dziękuję za bardzo wartościową rozmowę oraz przekazane wspomnienia, doświadczenia, a także historie. W imieniu naszego Klubu, dziękuję za poświęcony czas i już dziś serdecznie zapraszam Pana do Bielska-Białej na spotkanie z młodzieżą V Liceum Ogólnokształcącego.

M.K.: Ja również dziękuję za rozmowę i za zaproszenie.

Przewijanie do góry